MATEUSZ HOLAK: Dwa w jednym

Muzyka i plakat, dają plakat muzyczny. I nie tylko. Mateusz Holak znany ze składu Kumka Olik, pojawił się w Katowicach w dwóch wcieleniach. Zagrał na Off Festivalu i TNM ze swoim hip-hopowym składem Małe Miasta oraz zaprojektował połowę plakatów na wystawie „Music Is My Radar” w Rondzie Sztuki. Narysował okładkę płyty Happysad „Jakby nie było jutra” i stworzył wizualną stronę „Polki” dla Wojtek Mozolewski Quintet. Zdaje się, że znalazł swój sposób, na połączenie tych światów.

Co było pierwsze, muzyka czy projektowanie?
Mateusz Holak: Pierwsza rzecz, pod którą się podpisałem to okładka zespołu Pawilon, ale zdecydowanie czuję większe doświadczenie w muzyce. Traktuję ją jako podstawę, a grafika idzie równolegle, ciągnie muzykę i odwrotnie.

Czy to, że jesteś związany z muzyką pomaga Ci w projektowaniu muzycznych plakatów?
Tak, z jeden strony pozwala mi robić swoje rzeczy, czuję przykładowo potrzebę zaprojektowania plakatu zespołu, który nie istnieje. Jestem muzykiem, a co za tym idzie mam kontakt z innymi osobami z branży. Mają do mnie „numer” nawet jeśli nie wiedzą jeszcze, że chcą zadzwonić po okładkę. Tak było z zespołem Happysad, znaliśmy się wcześniej, a oni w ferworze poszukiwań grafika, znaleźli mnie.

Poznaliście się w trasie?
Tak, zagraliśmy ze sobą kilka koncertów, później Łukasz – gitarzysta znalazł moje plakaty i zadzwonili do mnie.

Przy tworzeniu okładki do płyty inspirujesz się muzyką czy tekstami? Przy Happysad nie miałeś okazji przesłuchania gotowego materiału.
Happysad nie dali mi muzyki, podobnie jest w wielu sytuacjach. Sam jestem muzykiem, dlatego łatwiej mi zaakceptować taką formułę. Odpowiada mi sytuacja, gdy mam do dyspozycji teksty i jestem nastrojony przez samego wykonawcę. Okładka nie działa tylko w relacji zespół-odbiorca, istotna jest też relacja między muzykiem, a okładką. Muzycy często widzą swoje okładki, zanim je zaprojektuję. Happysad powiedzieli, że mogę zrobić, co chcę. Jeden warunek: ma być proste. Później, jak rozmawiałem z chłopakami, przygotowałem im formularz z pytaniami.

O co ich zapytałeś?
Między innymi o to jaki kolor według nich ma ta płyta czy jaka inna okładka mogłaby pasować do ich muzyki. Gdy zebrałem sumę odpowiedzi, to w dużej mierze się ze sobą pokrywały. Happysad to taki skład, który funkcjonuje naprawdę jak zespół. Każdy z nich ma coś do powiedzenia, bardzo pomogli mi w zrobieniu okładki, która im się podobała.

Z innymi zespołami też funkcjonowało to podobnie?
Tak i nie. Przy „Polce” pracowałem, dlatego że miesiąc wcześniej wydaliśmy okładkę dla Małych Miast. Wojtek przyszedł do mojego znajomego, pracującego w jego wytwórni i powiedział, że chciałby mieć okładkę w takim klimacie. Dużo czasu minęło zanim powstał jej ostateczny kształt i wybraliśmy zdjęcie. Uważam, że podjęliśmy świetną decyzję o tej fotografii, to był mój pierwszy wybór.

Projektowanie okładek płyt działa trochę jak praca z klientem?
Tak, na pewno dobrze jest w takich sytuacjach pisać maile, zostawiać sobie te grubsze decyzje na piśmie. Dużo osób, nie zajmujących się grafiką wysyła sprzeczne sygnały. Jakiś czas temu zgłosił się do mnie zespół, który wydawał drugą płytę, a to stresujący moment. Przyszli do mnie z bardzo dobrą wolą, ale ostatecznie nie zrobiliśmy żadnej okładki. Każdy czeka na pomysł, który go przekona, powie „O, to jest to”. Analogiczną sytuację obserwowałem u siebie przy wejściu do prawdziwego studia z realizatorem, który pomógł mi uporządkować pomysły na płytę. Poprosił o referencyjne pod kątem brzmienia bębnów piosenki, faktycznie jak je przyniosłem okazało się, że są totalnie sprzeczne.

Od czego zaczynasz projektowanie?
Ostatnio zauważyłem, że czekam na swój błąd, na rzecz, która mnie zaskoczy. Plakat jest bardzo podstawową dziedziną dla projektowania, składa się na niego intryga, część graficzna i podpis, który jest zazwyczaj jakąś ripostą. Nad plakatem pracuję tak, że kiedy ten proces się zaczyna, to praca już jest skończona. Długo szuka się pomysłu, ścieżki logicznej, a kiedy się ją złapie, można usiąść i ułożyć ten obrazek. Bardzo często jest tak, że myślę o jakimś projekcie tak długo, aż sam siebie zaskoczę. Sytuacje, w których powstaje błąd i podąża się za nim, to takie momenty, w których można zwątpić, że to własny pomysł. Kiedy ktoś pyta mnie jak wpadłem na jakiś fragment tekstu, a ja posłużyłem się błędem np. podpowiedź przekręciła mi na telefonie słowo i go użyłem, zanika myśl, że to ja je wymyśliłem, to samo się wymyśliło.

Byłbyś w stanie zrobić plakat albo okładkę do muzyki, która ci się nie podoba?
Chyba tak, mam właściwość adaptacji. Na szczęście robię takie okładki, jakie lubię, ale czuję w sobie taką możliwość. Jakby przyszedł do mnie zespół discopolowy Mig, a ja według nich mógłbym się nadać, to bardzo chętnie się tego podejmę. Działanie na rynku okładek i muzyki bardziej ambitnej sprawia, że dostaję dużo pytań o podobne projekty, a fajne jest wychodzenie poza swoją konwencję. Na polu muzycznym mi się to udało, bo teraz robię rzeczy związane z hip-hopem, a to jest rynek mocno oddzielony. Graficy hip-hopowi robią okładki hip-hopowcom i koło się zamyka. Marzy mi się zrobienie okładki dla Pei albo zespołu Weekend. Oni nie czują potrzeby, żeby były one bardziej skomplikowane, ale gdyby to poczuli byłoby ekstra. Wydaje mi się, że są takie osoby, jak Macio Moretti, który mógłby zrobić świetną okładkę dla zespołu discopolowego, w konwencji, zaskakującą i nie głupią.

Jak powstał pomysł wystawy „Music Is My Radar” w Rondzie Sztuki, jest to związane z Waszymi koncertami na OFF Festivalu i Tauron Nowa Muzyka?
To jest bardzo związane, a pomysł wyszedł od Adriana Chorębały. Z Adrianem i zespołem Rysy spotkaliśmy się na festiwalu Spring Break, tam była nasza wspólna z Dawidem wystawa. Nie musieliśmy się zastanawiać, jak będzie wyeksponowana i co będzie łączyło jej części. Był od tego człowiek, który się na tym zna i jest bardzo związany z muzyką.

Fajny jest pomysł na narrację tej wystawy, Wasze odpowiedzi na pytania i to, że wymieniacie plakaty, które podobają się Wam u siebie nawzajem. Często w wystawach brakuje tej osobistej części, człowieka, który za nią stoi.
Staje się muzealna, a z drugiej przestaje być tak bardzo logiczna. Lubię wystawy, które mają taką narrację, nic nie jest w stanie mnie wtedy z nich wygonić. Czasami jest tak, że wchodzi się do przestrzeni nasyconej obrazami , rzuca się na wszystko okiem i odhacza się ją. Tu trzeba stanąć i poczytać, co sprawia, że dłużej patrzy się na te plakaty, widz zadaje sobie więcej trudu, żeby rozwiązać jakąś zagadkę. W plakacie jest zawsze jakaś druga myśl, trzeba tylko poszukać wskazówek.

Graliście z Małymi Miastami na OFF Festivalu i TNM, jak wrażenia?
To są dwa festiwale, które są dla mnie najważniejsze, przez ich jakość i to, jak pokrywają się z tym, czego szukam w muzyce. To jest bardzo fajne wyróżnienie i cieszę się, że udało się na nich zagrać.

Miałeś okazję być wcześniej w Katowicach?
Grałem na OFF Festivalu w 2009 roku z zespołem Kumka Olik, a w Katowicach byłem na OFFie rok później. Jestem tu dosyć często, bo graliśmy miesiąc przed festiwalami trzy koncerty. Katowice bardzo mi się podobają, głównie centrum. Widać bardzo podział na centrum i obrzeża.

W tym roku na OFF Festivalu można było kupić Waszego winyla.
To jest taka szczególna rzecz, nie był tłoczony w zwyczajny sposób, powstało chyba z 20 sztuk. Był kwadratowy i przeźroczysty, więc to wyglądało odlotowo. Skończyły się bardzo szybko.

W zeszłym roku kasetę…
Kaseta wraca w kolekcjonerskich opcjach, widzę to w niezależnych projektach gitarowych, takich jak Maki i Chłopaki – wydali materiał, który jeszcze nie wyszedł na płycie, właśnie na kasetach. Kilka wytwórni zajmuje się wydawaniem muzyki na tych nośnikach, to jest dosyć tanie i efektownie, trochę jak gadżet 3D. Wydaje mi się, że to się powoli przyjmuje, mała sprawa dla najbardziej dla zainteresowanych.

Przypomina mi się przewijanie kaset na ołówku. A jakiej muzyki słuchasz?
Słucham dużo muzyki, ale nie skupiam się na gatunkach. Łapię się na tym, że słucham tego, co aktualne, nie wiem czy jest to spowodowane chęcią bycia na bieżąco czy podświadomym łapaniem mody. Jest coś takiego w powietrzu, muzyka skręca i idzie różnymi ścieżkami. Bardzo często te duże grupy ludzi, zainteresowane muzyką podchwytują to, że teraz współczesną, najbardziej adekwatną formą jest hip-hop. To jest tylko opakowanie, warstwa produkcyjna, zasłona. Właściwie te najlepsze piosenki hip-hopowe można by przerobić, przearanżować i zrobić z nich utwory metalowe, a nadal byłyby super. Mam wrażenie, że załapałem się na dwie stylistyczne rewolucje. W pewnym punkcie to, czym się zajmuję styka się z tym, co jest najmodniejsze. Nie czuję, że powinienem od tego uciekać, ale też nie robię tego dlatego, że jest taka moda. Raczej z pełną świadomością i przeczuciem, że mi to odpowiada i jest współczesne, ale to tylko warstwa wierzchnia muzyki. Dobre utwory funkcjonują mimo wszystkim modom, wystarczyłoby nagrać je jeszcze raz w tej aktualnej stylistyce i to mógłby być ten przykładowy Taco Hemingway – hit na tu i teraz.

Jak zmienił się rynek muzyczny od Twoich początków na scenie do teraz?
Zacząłem będąc bardzo, bardzo młody i patrzyłem na to wszystko inaczej. Moje obserwacje są spaczone tym, że po prostu w międzyczasie dorastałem. Na pewno najistotniejsza różnica to moda, bo jak ja zaczynałem modnie było grać na gitarze, a teraz modnie jest na niej nie grać. Mam do tego dystans, wcześniej myślałem, że będzie to nieodłączny punkt w mojej muzyce, teraz zespół Kumka Olik czeka na lepszy moment, nie lubię wywoływać muzyki nienaturalnie. Może za rok wydamy bardzo gitarową płytę. Ta sinusoida w muzyce to coś, z czym powinniśmy się pogodzić, w najgorszym przypadku odciąć się od tego lub ślepo za nią podążać, a w najlepszym być troszkę przed nią robiąc swoje. Mam wrażenie, że dosyć szybko wychwytuję takie rzeczy, choć nie zawsze od razu je wprowadzam, chociażby flirt hip-hopu z muzyką alternatywną, który odbywa się w tym roku na festiwalach. Udało nam się z Mateuszem na tyle wcześnie wyczuć tą tendencję. Z jednej strony cieszę się, że na to wpadliśmy, z drugiej zaczynając, nie myśleliśmy, że ma być to taki patent i ma się ludziom podobać, to jest coś naturalnego. To wisi w powietrzu, trzeba to wyczuć.

Jak prawdziwy hip-hopowiec zajmujesz się również projektowaniem ubrań.
Pracuję w Alkopoligamii – wydawnictwie, które wydaje Małe Miasta, ale projektowanie to za dużo powiedziane. Zajmuję się tym z perspektywy graficznej, jest tam miejsce żeby, wyżyć się na ciuchach.

Co robisz, jeśli znajdziesz już chwilę wolnego czasu?
Biegam, to jest fajne, bo wtedy nie zajmuję się innymi rzeczami. Bardzo lubię to, co robię i nie wyłączam czujności. Bieganie spowalnia ADHD. Pół roku temu zrobiłem półmaraton w Poznaniu, teraz chcę się zapisać na maraton.

Najnowsze komentarze