NATALIA WIERNIK: Zamaskowane, a widoczne

 

Zakamuflowane, zamaskowane, a jednocześnie tak bardzo wyraźne i głęboko zapadające w pamięć. To postaci i przedmioty uchwycone przez Natalię Wiernik, absolwentkę i doktorantkę krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, laureatkę wielu konkursów w tym Sony World Photography Awards, Paris Photography Prize oraz PDN Photo Annual w Nowym Jorku. Jej prace wymagają od odbiorcy nie tylko głębszego zastanowienia, ale również powstrzymania się od nieodpartej pokusy sprawdzenia na własnej skórze ich faktury.

Jak powstają kompozycje, co jest pierwsze?
Natalia Wiernik: Zdjęcia rodzą się z moich rozważań na temat tego, jak widzimy, postrzegamy, co dzieje się w momencie, kiedy staramy się sobie coś przypomnieć, zaprojektować dany widok przed naszymi oczami… Dobieram przedmioty, tkaniny, coś znajduję albo spotykam kogoś, kto potem pojawia się na fotografii. Umawiam się na sesję, komponuję scenografię, a zrobienie zdjęcia to tylko krótki moment – najbardziej istotne jest to, co dzieje się potem, kiedy nad nim pracuję, a ono przeradza się w obraz, na którym mi zależy. Każdy szczegół dopracowuję i dopieszczam do granic możliwości, chcę uzyskać maksimum materialności.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że tło nie działa jak kamuflaż, wręcz przeciwnie.
Bazuję na intuicyjnych skojarzeniach, jedna rzecz łączy się z drugą, a one stanowią wspólną całość. Osoba spotkana na ulicy może pozostać niezauważona, w momencie kiedy traktuję ją jak bohatera, głównego aktora na scenie i portretuję w taki, a nie inny sposób, nabiera zupełnie nowej wizualności. To, co dzieje się wokół niej jest w jakimś sensie jej kontynuacją. Nie ma jej kamuflować czy maskować, przeciwnie czyni ją bardziej charakterystyczną i lepiej widoczną.

W jednym z wywiadów mówisz, że osoby przedstawione w cyklu „The Protagonists”, mimo iż sprawiają wrażenie spokrewnionych, często nie mają ze sobą nic wspólnego, uderzające jest jednak ich podobieństwo.
Tak, niektóre „rodziny” stworzyłam dobierając osoby tylko na podstawie ich wizualności, zewnętrznych podobieństw. Są to obcy sobie ludzie, czasami spotykający się po raz pierwszy i ostatni w ramach sesji zdjęciowej. Chodzi trochę o wybicie odbiorcy z „dobrego samopoczucia” – nigdy nie jest pewien z czym ma do czynienia. Zatem może powstrzymanie się od jednoznacznej oceny relacji między bohaterami będzie bardziej wskazane? Tak naprawdę nie wie on, co jest inscenizacją, a co rzeczywistością.

Jak dobierasz modeli?
Często przez przypadek, np. jadę w jakieś miejsce i zupełnie nie wiem, co tam zobaczę i kogo spotkam. Wtedy okazuje się, że to jest „to” i sesja musi się odbyć.

Jak przekonujesz modeli do pozowania?
Nigdy jeszcze nie miałam z tym problemów, czasami zdarza mi się zaczepić na ulicy zupełnie obce osoby. Najczęściej się zgadzają, być może budzę zaufanie (uśmiech).

A jak to wyglądało w przypadku aktów w „The Protagonists”?
To modele z ASP, więc to ich chleb powszedni – pracują nago na co dzień, nie mieli problemów z tym, żeby zapozować.

Co sprawia więcej problemów, fotografowanie przedmiotów czy ludzi?
Oczywiście praca z ludźmi jest trudniejsza ze względu na to, że sesja wymaga podporządkowania się tym osobom. Nie mogę pracować do końca tak, jakbym chciała. Kiedy fotografuję przedmioty mam swój czas, mogę sobie pozwolić na różne eksperymenty, gdy mam do czynienia z ludźmi muszę być przygotowana na wszelkie możliwe rewolucje.

Uwagę przykuwają również same przedmioty, fundują odbiorcy podróż w czasie.
Są to przedmioty, które niestety już rzadko można spotkać w codziennym użyciu. Funkcjonują na granicy wyginięcia, dlatego zależało mi by wyciągnąć je z zakamarków, piwnic i kantorków, by postawić je na scenie. Cieszy mnie kiedy ludzie mówią, że są to wspomnienia z ich dzieciństwa. Tkaniny i dywany też mają swoje historie, większość wzorów, które mam w kolekcji to projekty z lat 60. i 70.

Ile zdjęć robisz zanim powstanie to jedno, jedyne?
Zdarza mi się robić zdjęcia przez trzy godziny i nie ma tam tego jednego, jedynego. Czasem do ujęcia wracam po kilka razy i robię je jeszcze raz, to zawsze długi proces.

Ile czasu zajmuje postprodukcja?
Różnie, od kilku do kilkunastu godzin, czasami kilka dni, zdarza się, że wracam do zdjęcia po pół roku i dopiero wtedy je wykonuję. To zawsze wymaga ode mnie bardzo dużego skupienia i jestem pewna, że niektórych zdjęć nie zrobiłabym po raz drugi – one wydarzyły się w danym czasie i nie byłabym w stanie tego powtórzyć.

Dlaczego wybrałaś fotografię?
Dla mnie ma ona taką specyficzną właściwość – ludzie odbierają ją jak coś bardzo realnego i rzeczywistego, ma znamię dokumentu. Nie widzimy w ten sposób, jak ja staram się to przedstawić na moich fotografiach – zdobywam się na krystalizację przedstawienia, specyficzną „nadwzroczność”, aż zbyt szczegółową i precyzyjną, w rzeczywistości ten widok tak nie wygląda. Podoba mi się moment zgrzytu. Mając świadomość, że zdjęcia często oglądane są przez szybę lub (jeszcze częściej) ekran komputera, zależało mi na stworzeniu obrazu, którego pełne „zobaczenie” będzie możliwe tylko w sytuacji styczności z oryginałem, czyli specjalnie przygotowanym wydrukiem bez pośrednictwa w postaci szkła. Precyzyjna, długotrwała praca nad obrazem miała na celu zachowanie haptycznego charakteru przedstawianych na fotografiach obiektów – tak, aby uzyskać prawie iluzyjny efekt ich materialności. Uśmiecham się, kiedy ludzie pytają: „To naprawdę są zdjęcia?” lub z trudem powstrzymują się, żeby nie dotknąć „faktury”, która oczywiście na gładkim papierze fotograficznym jest złudzeniem.

To prawda, sprawiają wrażenie, jakby zostały wykonane na materiale, kuszą wręcz by ich dotknąć. Twoje fotografie przypominają mi nieco album z dzieciństwa z kompozycjami, które przy odpowiednio długim czasie wpatrywania się, zaczynały żyć własnym życiem.
Jako dziecko bardzo lubiłam ilustracje bogate w ogromną ilość szczegółów, gdzie mogłam odnajdywać element, który jest gdzieś ukryty. Pamiętam też iluzyjne „pojawiające” się przed oczami formy w kompozycjach, o których mówisz. Moje projekty z pewnością niosą znamię także i tych „doświadczeń” z dzieciństwa (uśmiech).

Jak twoje życie zmieniło się od zdobycia nagrody Sony World Photography Awards?
Bardzo się zmieniło. Jest to dla mnie bardzo istotne, bo mogę skupić się na pracy artystycznej i utrzymać się jako artystka.

Można gdzieś kupić Twoje zdjęcia?
Rozmawiam z kilkoma zagranicznymi galeriami w temacie pośrednictwa.

Jak rysują się Twoje plany na przyszłość?
Wraz z upływem czasu absolutyzowanie przeze mnie medium fotograficznego zaczęło ustępować. Pojawiły się przemyślenia dotyczące złudności poznania, jaką daje nam samo tylko „spojrzenie” i wizualność – ściśle i nierozłącznie powiązana z fotografią. Rozważania zaprowadziły mnie do miejsca, gdzie stopniowo oddalam się we własnej pracy twórczej i kolejnych badaniach, od dobrze znanego i w jakimś sensie „bezpiecznego” dla mnie medium, jakim jest fotografia.
W ramach doktoratu chciałabym podjąć się polemiki, dyskusji na temat hegemonii wizualności – przedstawień, obrazów jako fizycznie istniejących obiektów, a także krytyki ich „atrakcyjności”, estetyki. Chcę zwrócić uwagę na nasze roszczenia wobec obrazów, oczekiwania które mają spełniać. Myśl ta nachodzi mnie w związku z panującym obecnie przesytem wizualnym, terrorem związanym z obrazami. Szczególnie dojmujący jest nadmiar produkcji „obrazków” – mamy do czynienia z wizualnym potopem.
Być może dochodzę do takiego punktu, w którym czuję, że czas „dwukrotnie” zastanowić się (będąc artystą wizualnym) nad produkcją kolejnych obiektów, nad „koniecznością” ich zaistnienia w przestrzeni. Może poskromienie, powstrzymanie przemożnej chęci „realizacji”, dołożenia swojej kropli do powyżej opisanego zbiornika obrazów będzie bardziej zasadne, budujące i owocne? Co z doświadczeniem braku, pustki i nieobecności? Wydaje mi się, że możemy mówić także o dziele, które powstaje w wyniku niepodjęcia czynności, powstrzymania się od niej. Czy decyzja o bierności wobec zachodzącego procesu, wydarzenia może być działaniem twórczym?

Najnowsze komentarze