RYSY: Wielokrotni debiutanci

Balansują na granicy tanecznych bitów i melodycznej wrażliwości. Dwóch producentów, od lat związanych z muzyczną sceną i tydzień w studio. Tak rozpoczął się nowy, tym razem wspólny projekt Wojtka Urbańskiego i Łukasza Stachurko, do którego zaprosili trzech wokalistów. Justyna Święs, Baasch i Piotr Zioła dołożyli do puli głosy i teksty, a pierwszy raz w pełnym zestawie można było usłyszeć ich podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka 2015, który stał się jednocześnie przestrzenią dla koncertowej premiery płyty „Traveler”. 4 września rusza sprzedaż albumu, na który składa się 10 zróżnicowanych i jednocześnie tworzących spójną całość utworów. O początkach, pracy w studio i koncertach opowiadają zawiadowcy projektu.

Funkcjonujecie na scenie dosyć długo, jak doszło do Waszej współpracy?
Wojtek: Jechaliśmy na wycieczkę do Krakowa i pomyśleliśmy sobie, że fajnie byłoby zamknąć się na tydzień w studio i porobić muzykę. Nie nastawialiśmy się na to, żeby stworzyć jakiś projekt.

Długo się znacie?
Wojtek: Z osiem lat.
Łukasz: Mieliśmy okazję współpracować przy swoich projektach, ale pierwszy raz mogliśmy spotkać się i zrobić coś od nowa, taki eksperyment.

Wy jako producenci muzyki i trzy głosy na płycie, jak wpadliście na taką kolaborację?
W: Pomysł zaczął układać się w projekt muzyczny, zaczęliśmy myśleć o tym coraz bardziej poważnie i zobaczyliśmy czego nam w tym wszystkim brakowało. Brakowało głosu, liryki i treści, wtedy Łukasz podrzucił pomysł Justyny Święs, bo z nią wcześniej współpracował.
Ł: Wysłaliśmy jej podkłady i ona momentalnie była w środku z nami.
W: A później, Adrian – nasz menadżer, zgrabnie podsunął nam dwie, bardzo trafione propozycje. Szukaliśmy też dodatkowych głosów pod kątem barwy Justyny.

Bardzo fajnie uzupełniali się w duecie na koncercie, głos Justyny – bardzo kobiecy, delikatny i  Baascha zdecydowany, mocny.
Ł: Justyna pokazała jak bardzo jest kameleonem wokalnym i potrafi się znaleźć w duecie z Baaschem, który jest bardziej świadomy, tworzy dłużej i jest bardziej dojrzały.

Miałam okazję posłuchać Justyny w The Dumplings i tutaj można zauważyć jej zupełnie nowe wcielenie. Udało Wam się wyciągnąć z niej coś nowego.
W: Ona sama z siebie to wyciągnęła.
Ł: Nie była zainteresowana kopiowaniem siebie. Zrozumiała, że jeśli to ma pyknąć to musi odnaleźć się na nowo w tym projekcie i wydaje mi się, że udało jej się to zrobić.
W: Wokaliści sami siebie trochę nie poznają w tej muzyce. Baasch jest bardzo kojarzony z takim depeche’owym, mrocznym graniem. A tutaj zupełnie nie do poznania, Piotrka nie zdążyliśmy jeszcze wszyscy do końca poznać, bo dopiero niedługo wydaje płytę.
Ł: Świetnie zgodził się barwą z Justyną. Mamy komfort pracy z ludźmi, którzy chcą eksperymentować. Dużo wkładają w ten projekt, a naszym zadaniem jest tak naprawdę być otwartym na to, co nam zaproponują.
W: Bardzo rzadko zdarzało się nam zgłosić jakąś uwagę do tekstu czy do sposobu zaśpiewania. Na pewne rzeczy mówiliśmy totalnie „nie” i wtedy to jest utwór instrumentalny na płycie, ale jeśli już jest tam Justyna czy Bartek to ma to taki kształt, jaki sami wyczuli. Oni też mieli na nas bardzo duży wpływ.
Ł: Planowaliśmy utwory zupełnie inaczej niż wyszło to w praktyce, wysyłaliśmy Bartkowi inne podkłady niż te, które są nagrane z nim na płycie.

Czyli to działa na zasadzie współpracy, nie Waszej dyktatury?
W: Nie. To jest super – naprawdę dużo czasu spędzaliśmy w studio, kłóciliśmy się, ale w takim twórczym sensie. Często jestem złym policjantem, a Łukasz tym dobrym, ale musimy dzielić się obowiązkami.
Ł: Musieliśmy nauczyć się współpracy, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej i stworzyć okoliczności, żeby mogli wyżyć się na tym materiale. Wokaliści mają istotny wpływ na ostateczny kształt tej płyty.

To jest ścieżka, którą będziecie kontynuować przy drugiej płycie?
W: Jeszcze odpoczywamy po pierwszej, ale myślimy o nich jako o części drużyny, więc pewnie na tych większych koncertach będziemy się starać, żeby byli razem z nami.
Ł: Mamy z nimi fajną relację, zaprzyjaźniliśmy się przez ten czas, to jest jedyny sposób, żeby coś razem tworzyć. Trafiliśmy na profesjonalistów.

Jak to działa z tekstami? Wokaliści mają pełną swobodę czy też dzielicie się uwagami?
Ł: Staramy się nagrać to jak najlepiej technicznie, z reguły podkład był dla nich na tyle inspirujący, że byliśmy zadowoleni z tego, co chcą o tym powiedzieć i jaki mają przekaz. W duetach napisali sobie teksty na zmianę, w balladzie „Undone” tekst napisała Justyna, a Baasch zaśpiewał zwrotkę, w „New Order” tekst napisał Baasch i Justyna zaśpiewała całość, fajnie się uzupełnili.

Jak powstał pomysł na tytuł płyty „Traveler”? Podobno słuchając jej w samochodzie znacznie przyspieszacie. Nie nadaje się do strefy tempo 30 k/h.
W: Jest bardzo motoryczna, zaczynaliśmy od konstrukcji rytmicznej – tempa i rytmu, a w to wpuszczaliśmy melodię, pomysły, sample i dźwięki.
Ł: Na całej płycie, poza trzema utworami, obowiązuje jedno tempo. Strasznie cieszyliśmy się z tego, że znaleźliśmy taki myk.
W: Gdyby je na siebie nałożyć to dokładnie w tych samych momentach miałyby akcenty. W obrębie stałej reguły 130 uderzeń na minutę staraliśmy się powiedzieć jak najwięcej, dzięki temu uzyskaliśmy różnorodność i zarazem spójność. W kontekście płyty to jest ten faktor przyspieszenia, dodawania gazu do dechy.
Ł: Jest ona trochę opowieścią, historią, ostatecznie z tej podstawowej puli wybraliśmy połowę utworów. Słucha się jej jak albumu.

A jak powstał pomysł na nazwę zespołu?
Ł: Inspiracją był utwór Małych Miast. Sporo rozmawialiśmy o koncepcji projektu i jak mieliśmy to naszkicowane, ta nazwa pojawiła się i nie mieliśmy wątpliwości, że to jest „to”.
W: Lubimy niedoskonałości, ale też precyzję, dużą wagę przykładamy do narzędzi z wysokiej półki. Urządzenie z wysokiej półki do niszczenia dźwięków, lubimy brud, trzaski winyli, a czasem fałsz.
Ł: Poruszamy się w strefie zorganizowanej wolności, to jest mocno przemyślane, ale dajemy sobie dużą przestrzeń.
W: Stąd Rysy jako najwyższy szczyt – dążenia i aspiracje, a zarazem rysy czyli szkoda, skaza.
Ł: Byliśmy zainteresowani niszczeniem i zepsuciem w muzyce. Rozmawialiśmy też o nazwie z Mateuszem Holakiem i okazało się, że oni chcieli nazwać Małe Miasta, Rysami.
W: Strasznie fajnie, że tego nie zrobili (uśmiech).

Jak wrażenia po koncercie na Tauron Nowa Muzyka?
Ł: Ciągle do siebie dochodzimy.
W: Kosmos.
Ł: Na razie nie wiadomo skąd, zawsze jest publika na koncertach, najpierw Opener, teraz Tauron był totalnym zaskoczeniem. Rozmawialiśmy z ludźmi z Red Bulla i mówili, że to był najlepszy strzał na tej scenie.
W: Wydaje mi się, że publika była bardziej konkretnie nastawiona, wiedzieli po co tam byli, na Openerze było dużo przechodniów, którzy zostali zwabieni muzyką.
Ł: Najbardziej zależało nam na tym festiwalu.
W: Dlatego chcieliśmy, żeby tutaj była premiera albumu. Podpisywałem płytę pięćdziesięcioparolatkowi – mówił, że super koncert.

W temacie koncertów, kto przygotowuje Wam wizualizacje?
W: Grupa Melt czyli Kuba Matyka i Kamila Staszczyszyn. Pracowałem z nimi komercyjnie przy różnych projektach. Wtedy prezentowali zupełnie inną stylistykę graficzną, są niesamowicie zdolni technicznie.

Są proste i geometryczne, ale idealnie dobrane do muzyki.
W: Oni też odnajdują się na nowo, kręci ich ta współpraca. Stworzyli dużo ważnych projektów tj. wizualizacje na otwarciu Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie czy dla Steve Nash & Turntable Orchestra.
Ł: To jest też super sprawa, że tworząc od lat i będąc po raz dziesiąty debiutantami, ale w innej odsłonie, udało nam się wykorzystać kontakty zbierane przez lata, to jest bardzo inspirujące, efekt finalny nas zaskakuje.
W: Wszyscy związani z tym projektem to ludzie, którzy na jakimś etapie życia na któregoś z nas trafili.

Dużo dzieje się również w temacie video.
W: Filip Załuska jest bardzo ambitnym operatorem, trochę zaczęło mu w życiu brakować tej twórczej strony. Przyszedł do nas z bardzo fajnym pomysłem, jako reżyser, producent, operator i inwestor. Nie widzieliśmy jeszcze finalnej wersji, ale pozyskał Zosię Wichłacz, zorganizował dwa dni totalnie profesjonalnego planu z ciekawą fabułą i zabiegiem montażowym.

Będzie Was można zobaczyć w klipie?
Ł: Podoba nam się wizja, że robimy muzykę i ona jest na pierwszym miejscu.

Na płycie znalazła się tylko jedna piosenka po polsku, jak to działa, że większość utworów powstała w języku angielskim?
Ł: To jest efekt świadomych decyzji. Fajnie, że ten pomysł w nas kiełkował, widzimy, że to działa – jest polskie, nowoczesne, piosenkowe, ale brzmieniowo dopracowane.
W: Mamy bardzo dobry odbiór za granicą, to może być pochodna decyzji, że większość piosenek jest w języku angielskim i ta jedna, jako hołd dla tego, że jednak pochodzimy z Polski, jesteśmy wychowani w tej kulturze i regionie.

Jakie plany, poza premierą płyty 4.09?
Ł: Teraz chcielibyśmy zobaczyć, jak ta płyta zadziała.
W: Grać muzykę, więcej czerpać z koncertów.
Ł: Fajne jest konfrontowanie tego materiału z publicznością, jednym z założeń było, że to będzie muzyka taneczna i to działa w kontekście imprezy. Najciekawszy komentarz to, że z jednej strony można potańczyć i jest energia, ale na after też fajnie zadziała.
W: Największe trofeum tej płyty to, że udało się połączyć techniczność, taneczność, motoryczność z melodią i bardzo wrażliwą emocją.

Jakie wrażenie zrobiło na Was miasto?
Ł: Jestem zachwycony Katowicami, wczoraj zabłądziłem samochodem i byłem pod wielkim wrażeniem architektury, fascynuje mnie to, co tutaj się stało przez ostatnie parę lat, stare budownictwo pomieszane z nowoczesnym.
W: Jest magia na Śląsku, jest tutaj coś fajnego. Mi się Katowice trochę odczarowały.
Ł: Super grać koncerty na Śląsku, jest tu fajna publiczność.

Najnowsze komentarze