ZOFIA OSLISLO: Nowi Ślązacy

„Projektowanie może i powinno stać się dla młodych ludzi formą uczestnictwa w zmieniającym się społeczeństwie” ­– Victor Papanek. Idąc tym tropem Zofia Oslislo postanowiła przepytać 14 działających na Śląsku i dla niego aktywistów, animatorów życia kulturalnego, teoretyków oraz autorów projektów, które układają się w triadę: miasto, dizajn, tożsamość. Wśród bohaterów wywiadów znaleźli się twórcy kolekcji rzeczy inspirowanych ślonskim słownictwym Gryfnie, ilustratorka Ewa Kucharska, znana m.in. z serii plakatów i książki „Śląskie mity”, dyrektorka Zamku Cieszyn Ewa Gołębiowska, inicjatorka Kolektywu Haja! Joanna Sowula, Marta Frank i Marcin Babko odpowiedzialni za węgiel, który myje – Sadza Soap, pracownia bro.kat, autorki biżuterii z węgla, Karolina i Piotr Jakoweńko twórcy Fundacji Brama Cukermana, ceramik Bogdan Kosak, animatorka gastronomii Patrycja Walter, Dominik Tokarski i Michał Kubieniec, współtwórcy Stowarzyszenia Moje Miasto, kręcący Geszeftem, projektanci Wzorro Design, Stanisław Ruksza, dyrektor programowy CSW Kronika, artystka multimedialna Matylda Sałajewska oraz historyczka sztuki i dizajnu Irma Kozina. Zofia Oslislo, pochodząca ze Śląska absolwentka i doktor Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach oraz kulturoznawca zebrała wszystkie te osoby pod tytułem „Nowi Ślązacy”. Odpowiada za treść, ale i za formę książki, dopracowaną w każdym detalu, od kroju pisma przez zdjęcia po czarne brzegi.

Nie chciałam pytać o to kim są Nowi Ślązacy, to pytanie wybrzmiało już wiele razy podczas Twoich autorskich spotkań. Bardziej interesuje mnie czy uważasz się za Nową Ślązaczkę?
Zofia Oslislo:
Jak najbardziej. Wraz z rozpoczęciem badań widzi się potrzebę nazwania fragmentu rzeczywistości, który jest nazwany Twoim zdaniem nieprawidłowo albo nie jest nazwany wcale. To, co mnie popchnęło do tego, żeby próbować nazwać tę grupę inaczej, to stare kategorie Hanysów i Goroli, sztuczne podziały na ludzi ze Śląska i spoza niego, opozycja między Ślązakami i Polakami czy nastroje, które zaczęły się radykalizować i jeszcze bardziej te grupy oddzielać. Uznałam, że to w ogóle nie przystaje do rzeczywistości, w której funkcjonuję ja i moi znajomi. Zaliczam się do grupy autochtonów, dlatego łatwiej było mi stworzyć taką kategorię. Jeśli ktoś zapyta mnie czy jestem Ślązaczką to odpowiedź jest twierdząca, moja rodzina pochodzi ze Śląska, część ze Śląska Cieszyńskiego, część z Górnego, to są dwa różne Śląski, mają inne tradycje. Z premedytacją wykorzystałam to, że jestem Ślązaczką w tradycyjnym rozumieniu, żeby stworzyć nową kategorię, która będzie mieściła również ludzi spoza regionu rozumianego historycznie. Dla mnie ważne jest to, że ktoś działa dla Śląska i kocha to miejsce, a nie to, że się tutaj urodził.

Jaka jest Twoja relacja do miasta?
Zakochałam się w Katowicach kiedy zaczęłam tutaj studiować. Nie była to prosta miłość, w 2005 roku Katowice nie były jeszcze takie jak dzisiaj. Dzięki temu, że urodziłam się w Bytomiu, a całe życie mieszkałam w Zabrzu mogłam potraktować to miasto trochę jak turystka. Oczywiście jeździłam tutaj jako dziecko na koncerty czy inne wydarzenia, ale wraz z rozpoczęciem studiów zaczęłam się po nim przemieszczać regularnie. Studiowałam na Uniwersytecie Śląskim i Akademii i Sztuk Pięknych, więc musiałam dużo chodzić. Dzięki temu poznałam fajne architektonicznie i kulturalnie miejsca. Zauważyłam, że Katowice są miastem niedocenionym, gdzie trzeba poszukać, żeby znaleźć. Pod koniec studiów kiedy zaczęłam zajmować się moderną, odkryłam je bardziej, a najbardziej utożsamiłam się z Katowicami podczas pracy w zespole przygotowującym kandydaturę na Europejską Stolicą Kultury. To był moment wzruszenia tym, jak zmieniają się one na naszych oczach, jak ludzie reagują na to, co się dzieje. Trudno to poczuć – moment wzniosłości wynikającej z życia społecznego. Kiedy po ogłoszeniu wyników wróciliśmy z Warszawy, wyszliśmy z pociągu i czekała na nas cała ekipa ludzi zaangażowanych w projekt ze słonecznikami, przeszliśmy na Mariacką i w tym pochodzie poczułam coś wzniosłego. Nigdy wcześniej nie czułam takiej emocji związanej z życiem lokalnej społeczności, to było dla mnie niesamowite, zakorzeniłam się tutaj.

Przez ostatnie kilka lat miasto przeszło sporą przemianę.
W środowisku Akademii Sztuk Pięknych ferment był odczuwalny już wcześniej, ale to było niewidoczne i niszowe. Kiedy przyjechałam do Katowic na ASP było dużo warsztatów, współpracowaliśmy z Akademią Muzyczną, były koncerty w Elektro i w Hipnozie, dla mnie to było po prostu „Wow!”.

To trwa już spory kawał czasu, festiwale, które niedawno się wykluwały obchodzą swoje jubileuszowe edycje: OFF Festival czy Tauron Nowa Muzyka.
Fajne jest to, że w Zabrzu (i innych miastach) też dzieje się więcej niż wtedy, to zmieniło się na całym Śląsku. Szlak Zabytków Techniki sprawił, że ludzie docenili zapomniane miejsca, pojawiło się trochę funduszy by to zrobić. Nie chodzi tylko o wyremontowanie starej kopalni, ale stworzenie miejsca spotkań i działania.

Bardzo podoba mi się jeden z cytatów w książce w kontekście architektury postindustrialnej, mówiący o tym, że my jeszcze wszystkiego tutaj „nie posprzątaliśmy”.
Dobrze jest kiedy przekuwamy wady w zalety, nam się to na Śląsku udało. Byliśmy regionem zaniedbanym, zapuszczonym i nieco zapomnianym. Byliśmy zapóźnieni w szale odnawiania i remontowania, nadawania nowych funkcji czy wyburzania. Oczywiście trochę straciliśmy, to jest nieuniknione, nie ze wszystkimi decyzjami się zgadzam. Z architekturą modernistyczną czy poprzemysłową jest tak, że czasami warto nie robić nic, jeżeli ten obiekt jeszcze wytrzyma, poczekać na większego inwestora.

Rozmawiając o Ślązakach trudno nie poruszyć tematu relacji na linii Śląsk-Zagłębie. Jak postrzegasz ten swego rodzaju konflikt?
Mam do niego krytyczny stosunek, uważam że nie jest to dobra kategoria. Wszystkie kategorie dzielące są nieprzystające do współczesnego świata, robią więcej złego niż dobrego. Doskonale rozumiem z czego ona wynika, absolutnie nie jestem za tym, żeby unifikować Śląsk z Zagłębiem i znosić różnicę, bo ona jest twórcza. Bardzo niedobrze jest kiedy podział powoduje, że ludzie zaczynają porównywać się i obdarzać wrogością, typu „ja jestem lepszy od Ciebie, bo jestem stąd”. A to nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia, lepiej powiedzieć ja jestem inny, mam taką cechę albo umiejętność, którą mogę się z Tobą podzielić. Ciągle wierzę, na przekór temu co się dzieje, że Europa może być zjednoczona, ale też silna lokalnie. Szczególnie obecnie, kiedy sytuacja z terminem „tolerancja” jest trudna należy to przepracowywać od małego i na lokalnym poletku. Zagłębie, Górny Śląsk i Śląsk Cieszyński mają inną tożsamość. To są piękne różnice, różnice w gwarze, kuchni, w sposobie obchodzenia świąt. Kiedy łączą się dwie rodziny pięknie jest kiedy to się domyka jak zamek błyskawiczny, te dwie strony po prostu się uzupełniają. Oczywiście, że to jest utopia, ale ja bym do takiej utopii chciała dążyć. Moi rozmówcy podkreślali, że jeżeli faktycznie dobrą cechą Śląska czy Ślązaków jest umiejętność współpracy to właśnie za jej pomocą powinniśmy przełamywać te stare granice, granice nietolerancji.

Ten konflikt obecnie funkcjonuje bardziej na zasadzie żartów. Jest on raczej zauważalny w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków.
U mnie to było żywe na poziomie dziadków, ale oni pamiętali ten przedwojenny Śląsk. Moja babcia i dziadek mieszkali na granicy polsko-niemieckiej, Zabrze było niemieckie, a oni mieszkali w dzielnicy Kończyce, która była polska. Rozumiem ten konflikt narodowościowy oraz konflikt z ludźmi z dawnego zaboru rosyjskiego, to była ich codzienność. Oni w tym żyli, ich świat był dużo bardziej zróżnicowany niż nasz.

Mam wrażenie, że na Śląsku częściej żartujemy z Zagłębia niż odwrotnie.
Tak jak mówi Joanna Furgalińska, która rysuje komiksy i słowniki oparte na potencjale komicznym tkwiącym w różnicy. Często zarzucają jej, że podkreśla stereotypy i utwierdza je. Trochę tak jest, ale ona broni się tym, że to jest rodzaj satyry, która oswaja inność.

Wróćmy do książki. Jak dobierałaś osoby do wywiadów?
Zaczęłam nie tyle od doboru osób, co od doboru projektów. W książce chciałam pokazać projekty, materialne i niematerialne, społeczne czy artystyczne, które w jakiś sposób nawiązują do tożsamości regionu oraz próbują o nim opowiedzieć współczesnym językiem. Kiedy zobaczyłam statystykę, kto tworzy te projekty to do wywiadów dobrałam te osoby, które mają na koncie kilka realizacji, były one znaczące albo były to osoby mające wpływ na stworzenie ważnych opracowań teoretycznych lub miejsc, które są związane z tożsamością regionalną i dizajnem. Na tej zasadzie oczywistą osobą była Ewa Gołębiowska, jako twórczyni Zamku Cieszyn czy Irma Kozina, która z jednej strony walczy o lokalną architekturę, ale jest też autorką „Ikon dizajnu w województwie śląskim” – pierwszej książki o śląskim dizajnie. Jeśli chodzi o projektantów czy aktywistów to kryterium była dłuższa historia związaną z pracą dla regionu. Te osoby, które miały na koncie trochę mniej projektów, umieściłam w pierwszej części książki. Starałam się je opisać w trochę mniejszej skali, bo pomyślałam, że osoby od kilku lat inspirujące się lokalnymi wątkami będą miały więcej do powiedzenia na temat Śląska i swoje przemyślenia związane z tym, dlaczego te tematy są dla nich atrakcyjne. Oczywiście starałam się, żeby byli to nie tylko projektanci, ale też aktywiści czy ludzie prowadzący instytucje, zajmujący się teoretyczną refleksją nad regionem czy przedsiębiorcy, którzy tutaj działają.

Czy były osoby, z którymi chciałaś porozmawiać, a one nie wyraziły zgody na wywiad?
Chciałam jeszcze zrobić wywiad z Markiem Zielińskim, dyrektorem Ars Cameralis i twórcą koncepcji Miasta Ogrodów. Zgodził się, zależało mi na tej rozmowie, natomiast jest on bardzo zajętym człowiekiem. Niestety miałam mało czasu, musiałam domknąć książkę w związku z moimi badaniami i terminem oddania pracy doktorskiej, a Markowi wypadły dwa terminy. Bardzo chciałam zrobić z nim wywiad, on również chciał, ale nie udało nam się spotkać.

Jak to się przenika, książka jest jednocześnie doktoratem. Jak zrodził się ten pomysł?
Prowadziłam wcześniej badania z Irmą Koziną związane z grantem z projektu Design Silesia. Tematem projektu było opisanie tendencji we wzornictwie w województwie śląskim w XX wieku. Irma zaprosiła mnie jako asystentkę do tego projektu, przez rok prowadziłyśmy badania, w których profesor wyszła poza XX wiek, cofnęła się aż do XVIII wieku, gdzie znalazła źródła śląskiego dizajnu w odlewni żeliwa w Gliwicach – produkowano tam seryjnie produkowane przedmioty codziennego użytku. Nie było jednak miejsca na opisanie współczesności – profesor wspomniała o młodej szkole śląskiego projektowania, którą ja potem przebadałam dokładniej. Te projekty miały inne założenia badawcze, mój był znacznie węższy, obejmował krótszy okres 10 lat. Przed rozpoczęciem mojej pracy doktorskiej rozmawiałam z Irmą o swoim pomyśle na temat, powiedziała, że to jest bardzo dobry pomysł, bo nie ma takich badań. Wcześniej obroniona została tylko jedna praca licencjacka z Historii sztuki (której zakres był oczywiście węższy). Doktorat jest bardzo dobrą okazją, żeby przebadać taki temat dokładnie i kompleksowo. Jestem kulturoznawczynią i projektantką, a na ASP równie ważny jak treść był fizyczny artefakt, więc od razu założyłam, że to będzie obiekt w formie książki.

Jak kształtuje się jej wizualna strona?
Chodziło o to, żeby podkreślała temat. Krój pisma, który jest użyty w tytułach zrobiłam w 2013 roku na warsztatach typograficznych z Vereną Gerlach. Jest on inspirowany tym w jaki sposób Karol Schayer opisał plany pierwszego Muzeum Śląskiego. Bardzo spodobała mi się kultura typograficzna tego konkretnego architekta z okresu międzywojnia. Na warsztatach, na których badaliśmy historię typograficzną miasta postanowiłam sprezentować Katowiczanom ten krój. Można używać go na komputerze, doprojektowałam litery i cyfry, których brakowało. Nawet na tym poziomie chciałam, żeby ta książka była mocno wyprowadzona ze Śląska, ponieważ mówi o stereotypach, o tym jak projektanci z nimi grają i jak próbują je przepracowywać. Najsilniejszym stereotypem jest jednak węgiel i to, że jesteśmy regionem kopalń, stąd miała być ona takim czarnym pudełkiem, które w środku będzie bardzo kolorowe. Zdecydowałam się na kolorowe zdjęcia realizacji, portretowe są czarno-białe, ale po to, żeby je ujednolicić, bo pochodziły z różnych źródeł. Chodziło o czarne pudełeczko, które po otwarciu tryska kolorem, łamie stereotyp brudnego, zanieczyszczonego Śląska. Czarne brzegi to edytorski zabieg, są zrobione z folii na gorąco zgrzewanej z książką, przez co przy otwieraniu trzeba ją troszeczkę przełamać. Ten aspekt fizycznego otwarcia, które czuje się pod palcami też był dla mnie istotny.

Publikacja zbiera projekty w jedno, stając się jednocześnie przewodnikiem po tym, co dzieję się w lokalnym dizajnie.
Bardzo fajna rzecz, która wyszła w badaniach, a zauważył ją tak naprawdę mój mąż. Miałam taki ogromny wydruk, mapę myśli z różnymi statystykami, liczyłam ile jest projektów, próbowałam je kategoryzować, zrobiłam też statystykę socjologiczną czyli podział twórców ze względu na płeć. Okazało się, że 60 % twórców to kobiety, co więcej w moich wywiadach ponad 60 % rozmówców to też kobiety. Ja wcale nie miałam feministycznego założenia, cieszę się że tak wyszło, ale to był przypadek. Nie była to próba dobierana celowo tak, żeby były parytety. To jest bardzo duża zmiana, pamiętam jak projektowaliśmy wniosek na Europejską Stolicę Kultury, tam byli ambasadorowie projektu, osoby ważne ze Śląska, autorytety i ich wypowiedzi. Nie było wśród nich żadnej kobiety. Pamiętam, że kiedy komisja przyjechała i czytała nasz wniosek, zwróciła nam na to uwagę. Nawet wtedy można już było wybrać takie osoby, jak profesor Ewa Chojecka, Irma Kozina czy Ewa Gołębiowska. W dizajnie regionalnym widać przewagę kobiet i super, bo to pokazuje, że dziewczyny są aktywne. W tekście do „2 plus 3D” napisałam potem prowokacyjnie zamiast „Nowych Ślązaków” – „Nowe Ślązaczki”, bo to wyszło z badań. Zastanawiałam się, dlaczego tak jest, czy kobietom bliższe jest lokalne działanie, są nauczone „dbania o” i może to dbanie o dom czy rodzinę, małą społeczność przenosi się dalej na dzielnicę, miasto? Trudno powiedzieć, ale facetów też mamy tutaj fajnych (uśmiech). Cieszę się, że jest równowaga, przewaga kobiet jest równowagą, bo zawsze był ich niedobór w życiu społecznym i projektowym.

Najnowsze komentarze